Tu i ówdzie można było słyszeć, że
powstanie tego bloga przeraziło paru blogerów. Zupełnie
niepotrzebnie. Ten blog ma im pomóc, a nie ich pogrążyć.
Gnębić będziemy pijarowców z
wydawnictw, redaktorków po marketingu, którzy traktują książki
tak samo jak ich koledzy po fachu cudowne koce z wielbłądziej
wełny, garnki za kilka tysięcy itd.
Jednym słowem chcą nam sprzedać
guano w cenie sztabek złota.
To praktyki, o których mówili w
rozmowie opublikowanej w Tygodniku Powszechnym Andrzej Franaszek i Krzysztof Varga:
A.F: Gdy jeden z moich redakcyjnych kolegów ocenił w radiu
„Kronosa” krytycznie, do dziennikarza radiowego zadzwonił
pracownik wydawcy, pytając, jakim prawem zaprosił do studia kogoś,
kogo nie było na liście osób dopuszczonych do przedpremierowej
lektury. Byłeś szefem działu kultury w „Wyborczej”. Wywierano
na Ciebie podobne naciski? Mówiono ci, kto i w jakim duchu ma pisać?
K.V.: Oczywiście były rozpaczliwe telefony od działów
promocji, które przypominały telefony z banków, gdzie zdesperowany
pracownik usiłuje ci wcisnąć kredyt, gdyż jego życie i praca
zależą od ilości tych sprzedanych kredytów... Na rynku
wydawniczym stało się to, co od dawna funkcjonuje na rynku
muzycznym. Dostęp do nowej płyty jest limitowany, dziennikarze
muzyczni są czasem zapraszani na tajny odsłuch itd. To są praktyki
show businessu, a przecież rynek wydawniczy w dużej części jest
takim samym przemysłem, nie jest niczym szlachetniejszym. Czy jednak
wydawca może mnie – jako dziennikarza – w jakiś poważny sposób
korumpować? Jeśli się na mnie obrazi i przestanie przysyłać mi
książki – no to co właściwie? Na tym rynku są za małe
pieniądze, by istniały naprawdę poważne pokusy. Z drugiej strony:
presja jest i próby korumpowania się zdarzają.
Presja, korumpowanie. Do czego to się
sprowadza? Do próby zaangażowania innych, często ludzi o
nastawieniu idealistycznym w próbę wyłudzenia od potencjalnych
czytelników pieniędzy, poprzez wprowadzenie ich w błąd co do
właściwości i jakości oferowanego produktu.
My, konsumenci musimy się bronić
przed takimi praktykami. Bo po co dotować kiepskie wydawnictwa,
które wydają grafomanię, opłacać pensje redaktorom, którzy mają
problemy z czytaniem ze zrozumieniem (osobiście znam paru takich)?
Po co kupować książki wtórne, tragicznie napisane? Życie jest
tak krótkie, że warto dostarczać sobie przeżyć, które wywołują
uczucie przyjemności intelektualnej i estetycznej, a nie wielki
niesmak i poczucie wyrzuconej w błoto, ciężko zarobionej kasy.
Dlatego warto by rozpropagować kilka
uniwersalnych zasad oceny utworu. Żeby czytelnik recenzji nie czuł
się wprowadzony w błąd przez krytyka.
Stosowanie przewidywalnych kryteriów
oceny dzieła nie znaczy, że nie można o nim napisać subiektywnej,
osobistej, nacechowanej emocjonalnie opinii. Jeśli jednak
interpretacja tych kryteriów będzie odbiegać od standardów
uznawanych przez większość i oceniający będzie się posługiwał
logiką fantastyczną, to musi się liczyć, że to on zostanie
oceniony. Wszak nie napisał recenzji, lecz oryginalny utwór
fantasy. A pisarzy przecież się ocenia.
O tym na co zwracać uwagę w ocenie
dzieła w kolejnych postach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz