niedziela, 17 listopada 2013

Na pomoc blogerom, a na pohybel piarowcom

Tu i ówdzie można było słyszeć, że powstanie tego bloga przeraziło paru blogerów. Zupełnie niepotrzebnie. Ten blog ma im pomóc, a nie ich pogrążyć.

Gnębić będziemy pijarowców z wydawnictw, redaktorków po marketingu, którzy traktują książki tak samo jak ich koledzy po fachu cudowne koce z wielbłądziej wełny, garnki za kilka tysięcy itd.

Jednym słowem chcą nam sprzedać guano w cenie sztabek złota.

To praktyki, o których mówili w rozmowie opublikowanej w Tygodniku Powszechnym Andrzej Franaszek i Krzysztof Varga:


A.F: Gdy jeden z moich redakcyjnych kolegów ocenił w radiu „Kronosa” krytycznie, do dziennikarza radiowego zadzwonił pracownik wydawcy, pytając, jakim prawem zaprosił do studia kogoś, kogo nie było na liście osób dopuszczonych do przedpremierowej lektury. Byłeś szefem działu kultury w „Wyborczej”. Wywierano na Ciebie podobne naciski? Mówiono ci, kto i w jakim duchu ma pisać?


K.V.: Oczywiście były rozpaczliwe telefony od działów promocji, które przypominały telefony z banków, gdzie zdesperowany pracownik usiłuje ci wcisnąć kredyt, gdyż jego życie i praca zależą od ilości tych sprzedanych kredytów... Na rynku wydawniczym stało się to, co od dawna funkcjonuje na rynku muzycznym. Dostęp do nowej płyty jest limitowany, dziennikarze muzyczni są czasem zapraszani na tajny odsłuch itd. To są praktyki show businessu, a przecież rynek wydawniczy w dużej części jest takim samym przemysłem, nie jest niczym szlachetniejszym. Czy jednak wydawca może mnie – jako dziennikarza – w jakiś poważny sposób korumpować? Jeśli się na mnie obrazi i przestanie przysyłać mi książki – no to co właściwie? Na tym rynku są za małe pieniądze, by istniały naprawdę poważne pokusy. Z drugiej strony: presja jest i próby korumpowania się zdarzają.


Presja, korumpowanie. Do czego to się sprowadza? Do próby zaangażowania innych, często ludzi o nastawieniu idealistycznym w próbę wyłudzenia od potencjalnych czytelników pieniędzy, poprzez wprowadzenie ich w błąd co do właściwości i jakości oferowanego produktu.


My, konsumenci musimy się bronić przed takimi praktykami. Bo po co dotować kiepskie wydawnictwa, które wydają grafomanię, opłacać pensje redaktorom, którzy mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem (osobiście znam paru takich)? Po co kupować książki wtórne, tragicznie napisane? Życie jest tak krótkie, że warto dostarczać sobie przeżyć, które wywołują uczucie przyjemności intelektualnej i estetycznej, a nie wielki niesmak i poczucie wyrzuconej w błoto, ciężko zarobionej kasy.


Dlatego warto by rozpropagować kilka uniwersalnych zasad oceny utworu. Żeby czytelnik recenzji nie czuł się wprowadzony w błąd przez krytyka.

Stosowanie przewidywalnych kryteriów oceny dzieła nie znaczy, że nie można o nim napisać subiektywnej, osobistej, nacechowanej emocjonalnie opinii. Jeśli jednak interpretacja tych kryteriów będzie odbiegać od standardów uznawanych przez większość i oceniający będzie się posługiwał logiką fantastyczną, to musi się liczyć, że to on zostanie oceniony. Wszak nie napisał recenzji, lecz oryginalny utwór fantasy. A pisarzy przecież się ocenia.


O tym na co zwracać uwagę w ocenie dzieła w kolejnych postach.



sobota, 2 listopada 2013

Recenzje przedpremierowe. Wiarygodne inaczej.

Lansowanie tytułu jest proste. Najpierw marketingowcy z wydawnictwa selekcjonują blogerów. Wybierają takich, którzy są łasi na gratisy i łatwo ulegają presji psychicznej, a przy tym mają dość popularne blogi.
Następnie 4-5 z nich otrzymuje tzw. Egzemplarze przedpremierowe. Pojawiają się entuzjastyczne recenzje. Nikt nie może z nimi polemizować, bo nikt nie miał w ręce książki. Fama rozchodzi się przez kilka tygodni. Pojawia się książka i zachęceni promocyjnymi hasłami czytelnicy ją kupują.
Zwykle dopiero po kilku tygodniach od premiery pojawiają się rzetelne recenzje. Zanim dotrą do świadomości czytelników mija kolejne kilka tygodni. Wtedy jednak nakład książki jest sprzedany. Kupiły ją m.in. zachęcone pełnymi zachwytów recenzjami biblioteki (kilka tysięcy w skali kraju). Kupili ją czytelnicy, którzy pragnęli wartościowej rozrywki.
Po kilku takich numerach marketingowców autor, który mógłby sobie spokojnie egzystować mając krąg mało wymagających czytelników, staje się obiektem ataków rozczarowanych (oszukanych) miłośników książek. Jeśli jest mało kumaty, to wpada w depresję i ma poczucie krzywdy: Jak to, przecież wszyscy się zachwycali, a nagle wszyscy hejtują? Tworzy sobie w głowie jakieś teorie spiskowe, że to konkurencja go niszczy.
Nie drodzy, ubodzy w talent pisarze, to zniszczyły was wydawnicze działy marketingu, które nie rozumieją jakim produktem jest książka. Zniszczyli was nieobiektywni blogerzy obiecujący czytelnikom złote góry, choć żadnych gór w waszych utworach nie ma.
Kiedy autor stanie się już całkowitym pośmiewiskiem, wydawnictwo znajdzie sobie mową ofiarę. Dostarczycieli tekstów jest wszak sporo. I zabawa zacznie się od nowa.
Wszystko po to, żeby wyciągnąć pieniądze od ludzi, którzy kochają czytać.
Wpisujcie w komentarzach propozycje autorów i książek, których recenzje zupełnie rozmijają się z rzeczywistą wartością dzieła – wskazujcie linki do przeciwstawnych recenzji.


Słowo wstępne


W ostatnim czasie można zauważyć w blogosferze mnóstwo recenzji, które wydają się być produktem działów promocji, a nie niezależnych blogerów. Opinie w nich zawarte nie korespondują z rzeczywistą wartością omawianego utworu. Czy jest to tak zwany marketing szemrany?
Zapewne tak.
Dlaczego blogerzy gotowi są psuć swoją markę i kreować wirtualną rzeczywistość wokół niektórych tytułów? Odpowiedź jest prosta: Chcą mieć dobre relacje z dużym wydawnictwem, które może dać im nawet kilkadziesiąt rożnych tytułów, pragną mieć kontakt z autorem, który łaskawie skrobnie do nich kilka słów. To ich dowartościowuje.
Zapominają jednak o jednym. Ich recenzje mogą skłonić czytelników do zakupu całkowicie nieudanego, często wręcz żenującego produktu. Współczesny odbiorca literatury nie jest Krezusem. Jeśli wyda na grafomański produkt 35 złotych, to nie kupi dobrej powieści autora, za którym nie stoi ekspansywny dział marketingu.
Pisanie recenzji "promocyjnych" jest wiec działaniem na szkodę kultury, utalentowanych autorów, poszukujących wartościowej literatury czytelników.
Jeśli pojawią się w necie recenzje utworu zawierające zupełnie przeciwstawne oceny, to będziemy udostępniać linki do nich, aby czytelnicy mogli wyrobić sobie zdanie o rzeczywistej wartości książki i autora.
Pomijać będziemy recenzje typowo hejterskie, z których tylko wieje nienawiścią, a nie ma żadnych argumentów.