niedziela, 17 listopada 2013
sobota, 2 listopada 2013
Recenzje przedpremierowe. Wiarygodne inaczej.
Lansowanie tytułu jest proste.
Najpierw marketingowcy z wydawnictwa selekcjonują blogerów.
Wybierają takich, którzy są łasi na gratisy i łatwo ulegają
presji psychicznej, a przy tym mają dość popularne blogi.
Następnie 4-5 z nich otrzymuje tzw.
Egzemplarze przedpremierowe. Pojawiają się entuzjastyczne recenzje.
Nikt nie może z nimi polemizować, bo nikt nie miał w ręce
książki. Fama rozchodzi się przez kilka tygodni. Pojawia się
książka i zachęceni promocyjnymi hasłami czytelnicy ją kupują.
Zwykle dopiero po kilku tygodniach od
premiery pojawiają się rzetelne recenzje. Zanim dotrą
do świadomości czytelników mija kolejne kilka tygodni. Wtedy
jednak nakład książki jest sprzedany. Kupiły ją m.in. zachęcone
pełnymi zachwytów recenzjami biblioteki (kilka tysięcy w skali
kraju). Kupili ją czytelnicy, którzy pragnęli wartościowej
rozrywki.
Po kilku takich numerach marketingowców
autor, który mógłby sobie spokojnie egzystować mając krąg mało
wymagających czytelników, staje się obiektem ataków
rozczarowanych (oszukanych) miłośników książek. Jeśli jest mało
kumaty, to wpada w depresję i ma poczucie krzywdy: Jak to, przecież
wszyscy się zachwycali, a nagle wszyscy hejtują? Tworzy sobie w
głowie jakieś teorie spiskowe, że to konkurencja go niszczy.
Nie drodzy, ubodzy w talent pisarze, to
zniszczyły was wydawnicze działy marketingu, które nie rozumieją
jakim produktem jest książka. Zniszczyli was nieobiektywni blogerzy
obiecujący czytelnikom złote góry, choć żadnych gór w waszych
utworach nie ma.
Kiedy autor stanie się już całkowitym
pośmiewiskiem, wydawnictwo znajdzie sobie mową ofiarę.
Dostarczycieli tekstów jest wszak sporo. I zabawa zacznie się od
nowa.
Wszystko po to, żeby wyciągnąć
pieniądze od ludzi, którzy kochają czytać.
Wpisujcie w komentarzach propozycje
autorów i książek, których recenzje zupełnie rozmijają się z
rzeczywistą wartością dzieła – wskazujcie linki do
przeciwstawnych recenzji.
Słowo wstępne
W ostatnim czasie można zauważyć w
blogosferze mnóstwo recenzji, które wydają się być produktem
działów promocji, a nie niezależnych blogerów. Opinie w nich
zawarte nie korespondują z rzeczywistą wartością omawianego
utworu. Czy jest to tak zwany marketing szemrany?
Zapewne tak.
Dlaczego blogerzy gotowi są psuć
swoją markę i kreować wirtualną rzeczywistość wokół
niektórych tytułów? Odpowiedź jest prosta: Chcą mieć dobre
relacje z dużym wydawnictwem, które może dać im nawet
kilkadziesiąt rożnych tytułów, pragną mieć kontakt z autorem,
który łaskawie skrobnie do nich kilka słów. To ich
dowartościowuje.
Zapominają jednak o jednym. Ich
recenzje mogą skłonić czytelników do zakupu całkowicie
nieudanego, często wręcz żenującego produktu. Współczesny odbiorca literatury nie jest Krezusem. Jeśli wyda na grafomański
produkt 35 złotych, to nie kupi dobrej powieści autora, za którym
nie stoi ekspansywny dział marketingu.
Pisanie recenzji "promocyjnych"
jest wiec działaniem na szkodę kultury, utalentowanych autorów,
poszukujących wartościowej literatury czytelników.
Jeśli pojawią się w necie recenzje
utworu zawierające zupełnie przeciwstawne oceny, to będziemy udostępniać linki do nich, aby czytelnicy mogli wyrobić sobie
zdanie o rzeczywistej wartości książki i autora.
Pomijać będziemy recenzje typowo
hejterskie, z których tylko wieje nienawiścią, a nie ma żadnych
argumentów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)